Новости Энциклопедия переводчика Блоги Авторский дневник Форум Работа

Декларация Поиск О нас пишут Награды Читальня Конкурсы Опросы








ГП-цитатник

O języku protestów

Модератор: Dragan

O języku protestów

Сообщение усталый нищеброд » Вс дек 13, 2020 19:12

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityk ... estow.read
Cezary Lewanowicz
Uprzejmie prosimy uciekać prędziutko. O języku protestów
13 grudnia 2020

Słowo „wypierdalać” jest wulgarne, agresywne i wykluczające. I takie ma być. Zwolennicy antyrządowych protestów nie powinni go rozwadniać, rozbrajać i neutralizować. Język to jeden z ostatnich instrumentów, które pozostały protestującym, nie zakrywajmy więc im ust, a sobie uszu. Wsłuchajmy się w znaczenie.
O polszczyznę należy dbać jak o skarb. Niestety tempo jej erozji jest zastraszające. Biernik i dopełniacz są powszechnie mylone, moda na policzalność wszystkiego, w tym ryzyk i aktywności, przyjęła się już na dobre, anglicyzmy nie tylko „robią mój dzień”, ale każdą minutę, kultura języka się zamerykanizowała. Wulgaryzacja to tylko jeden z wymiarów współczesnej polszczyzny. Dlaczego akurat ona wywołuje tak silną reakcję?

Chamy i kordiany
W 2015 r. rządy w Polsce zaczęła sprawować nowa formacja polityczna, bo poprzedniej społeczeństwo nie mogło wybaczyć, że w nagranych ukrytym mikrofonem rozmowach jej przedstawiciele używali brzydkich wyrazów. Przyjmując taką interpretację historii, ironiczną, ale przecież nie nieprawdziwą, można by uznać, że stosunek do językowej elegancji jest dla Polaków kluczowym wyznacznikiem ideologicznych podziałów. Tak jednak nie jest: wszyscy klną i bluzgają i wszyscy zarzucają sobie nawzajem chamstwo. Prof. Ryszard Legutko powiedział o przeciwnikach z PO, że „chamstwo jest cechą tej grupy politycznej”, a prof. Jan Hartman uznał, że „chamstwo głosowało na PiS”.
W tym właśnie rzecz: wulgaryzmy są językowym atrybutem chama, a nie ma dla Polaka nic gorszego, niż być uznanym za chama. Każdy chce być Kordianem. Język jest jak ubranie, wskazuje na przynależność, ojcowiznę, pochodzenie. Politycy noszą „eleganckie garnitury” i ładnie mówią. Cały naród jest od Jafeta, nikt od Chama.
W ten mit założycielski uwierzyła ta część polskiej inteligencji, która nie tylko z powodów ideologicznych, ale i estetycznych chciała upadku siermiężnego powojennego socjalizmu. Zarówno przetrzebiona przez wojnę i komunizm inteligencja wielopokoleniowa, z wyższością odnosząca się do drobnomieszczańskiej dulszczyzny, jak i ta nowa, w pierwszym pokoleniu, która skorzystała z socjalistycznej szansy awansu i która chciała zapomnieć o swych „chamskich” korzeniach.
Inteligencja wierzyła, że przemiany początku lat 90. przyniosą wzrost jej społecznego prestiżu. Nie chodziło o wyproszony awans, a o zajęcie należnego miejsca. Status musiał mieć finansowe podstawy („to skandal, że murarz zarabia więcej niż profesor”) i polityczne gwarancje (miała je dać Unia Demokratyczna), ale też zapewniać wpływ na duszę, czyli kulturę narodu. To inteligencja miała być wzorcem zachowań, również językowych. Na chamstwo, jako antykulturę, nie było wśród nich miejsca.
Ale wkrótce okazało się, że w nowym ustroju inteligenci trafili na listę kandydatów na członków klasy średniej, fundamentu nowokapitalistycznego społeczeństwa. Trafili na nią razem z przedstawicielami tzw. prywatnej inicjatywy („prywaciarze”) i tylko niektórym udało się skutecznie przejść eliminacje. Egzamin z polszczyzny nie dawał wielu punktów. Tym bardziej że cechą coraz bardziej cenioną w życiu publicznym stała się autentyczność, dowód demokratyzacji języka i bliskości ze „zwykłymi ludźmi”. Ani językowa etykieta, ani akademicki żargon warunku autentyczności nie spełniają. „Wersal się skończył” – mawiał ludowy demagog, było nie było – wicemarszałek sejmu i wicepremier Andrzej Lepper.

Dziewczynki przestały być grzeczne
Demokratyzacja języka oznaczała jego kolokwializację i spospolicenie odczuwalne szczególnie silnie w przestrzeni publicznej, w tym w mediach. Pospolitość, etymologicznie tożsama z wulgarnością (vulgus, czyli pospólstwo) objawia się we wszystkich wymiarach języka. Kulturowo jednak ważniejszy od tych aspektów okazał się wzrost społecznego przyzwolenia dla zachowań językowych do niedawna sprzecznych w językowym savoir-vivrem zarówno w sferze prywatnej, jak i publicznej.
Fakt, że głównym hasłem protestów wywołanych próbą zakazania aborcji stało się słowo „wypierdalać”, jest niewątpliwie ilustracją postępującej wulgaryzacji języka. Wulgaryzacji rozumianej już nie tylko jako językowa pospolitość, ale jako przekroczenie norm kultury i obyczaju. Czy jednak skandowane dziś na ulicy „wypierdalać” zasługuje na silniejsze potępienie niż inne wulgarne i obelżywe słowa słyszane i widziane na co dzień?
O odbiorze przekazu decyduje nie tylko znaczenie słowa, ale również kontekst wypowiedzi i kto je wypowiada. Wulgaryzm jest zjawiskiem komunikacyjnym, funkcjonuje tylko w wymiarze społecznym. O formie i kontekście mówi m.in. Konrad Piasecki z TVN24, którego zdaniem „styl, język i postulaty Strajku Kobiet to prosta droga do ośmieszenia i skompromitowania protestów”. Podobnie uważa dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz: „karygodna forma protestów zaciera ich treść”. Zacytowane tu opinie nie są bynajmniej wyjątkiem, a silniejsza niż kiedykolwiek krytyka wulgarności formułowana jest również przez osoby niepopierające działań władz i – potencjalnie – przychylne protestom. Pragmatyczna troska o zły dobór formy antyrządowych protestów okazała się jednak nieuzasadniona, bo po kilku tygodniach można chyba uznać, że do ich ośmieszenia ani zatarcia treści nie doszło. Problemem pozostaje estetyka słowa.
Ale też nie sama wulgarność jest powodem krytyki, lecz przede wszystkim to, kto słowo wypowiada. Prof. Andrzej Zybertowicz, toruński socjolog i doradca prezydenta Andrzeja Dudy, ujął to dość jasno: „wulgaryzacja młodych kobiet położy się cieniem na losie pokolenia”. Gorset języka kobieta powinna zaciskać ściślej niż mężczyzna, a młoda kobieta tym bardziej. Od niej szczególnie wymaga się grzeczności i przyzwoitości, to ona (jako powołana przez Boga do macierzyństwa, powiedziałby minister i profesor Przemysław Czarnek) ponosi szczególną odpowiedzialność za los pokolenia. Jednak młode kobiety nie do końca same są winne: one uległy wulgaryzacji.
Protesty odbywające się w ramach Strajku Kobiet zdają się jednak mówić co innego: kobiety nie uległy, przeciwnie, zbuntowały się i dały temu wyraz zwięźle i dosadnie, jakby właśnie chciały powiedzieć: „grzeczne już byłyśmy, koniec!”.

Wszystkimi literami i po polsku – pod prąd
Krzysztof Piesiewicz, prawnik i scenarzysta, usprawiedliwia użycie przez kobiety słów ordynarnych koniecznością retorsji wobec tych z obozu władzy, którzy rozpoczęli brutalizację języka w przestrzeni publicznej. Politolog Marek Migalski wyraża satysfakcję, że dzięki demonstracjom „wreszcie przestaliśmy udawać, że nie przeklinamy”. Obie opinie potwierdzają właściwie, że kobiety się zwulgaryzowały, popłynęły z prądem. Tymczasem sens protestów i ich forma wskazują na zjawisko odwrotne: na w pełni świadomy ruch pod prąd.
„Nie jak profesorka, tylko jak kobieta powiem: j***ć i w*********ć” – za tę deklarację Uniwersytet Szczeciński wszczął postępowanie dyscyplinarne przeciwko Indze Iwasiów. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Inga_Iwasi%C3%B3w) Studenci stanęli w obronie wykładowczyni, pisemnie zaświadczając, że odnosi się do wszystkich z „najwyższą kulturą osobistą”. To miły gest solidarności i oby przyniósł spodziewany skutek, ale przecież nie o kulturę osobistą tu chodzi. Profesor Iwasiów jest literaturoznawczynią, trudno ją posądzać o nieznajomość granic języka i kodów kulturowych. Dekonstrukcja stereotypu kobiety, Matki Polki, która jest grzeczna, potulna, cicha i służy do rodzenia oraz prac domowych, odbywa się poprzez język. Następuje przejęcie i zwrócenie dyskursu przeciw tym, którzy uważali się za jego jedynych dysponentów. Roland Barthes, francuski semiolog i filozof, nazwał taki mechanizm semioklastią.
Jeszcze niedawno dosadna treść publicznie pokazywała się tylko przysłonięta listkiem figowym interpunkcji lub obcego języka. W druku i na transparentach słowa nieprzyzwoite pisano asteryskami. Popularność zyskało na przykład „osiem gwiazdek”. Słowa i hasła rażące dosadnością neutralizowano też zapisem po angielsku jak „fuck you!” albo prawie po angielsku – jak „Lwice maja to w doopie”. Obywatele RP manifestowali przed domem Jarosława Kaczyńskiego z kilkumetrowym płóciennym transparentem, na którym wydrukowano hasło „Pull up, idioto!”. Nikt nie miał pewności, co ta slangowa fraza znaczy, na pewno nie była ona jasna dla samego adresata, po co więc było jej używać? Wartość komunikacyjna hasła była niejasna, ale na pewno nie oznaczało ono niczego miłego. Główne hasło obecnej odsłony Strajku Kobiet jest jednak pisane bez gwiazdek i po polsku. Co oznacza?

Dość!
Przekleństwo, jak na przykład słowo na „k”, jest intonacyjnym wypełniaczem, jest pansemantyczne, bo znaczyć może właściwie wszystko, jest pustym znakiem. Wyraz „wypierdalać” wpisany na transparencie ma jednak znaczenie. Jest formą jednego z pięciu (wedle opinii profesora Jerzego Bralczyka) podstawowych wulgaryzmów polszczyzny, tak jak i pozostałe odnosi się do funkcji cielesnych i seksualności, a więc tego, co wstydliwe i nieprzyzwoite. Choć kiedyś, wedle starych słowników, znaczył tyle co bajdurzyć.
Dziś, przeciwnie, znaczy koniec bajdurzenia, eufemizmów i blefu. Dość, miarka się przebrała. Jest niepokojącym objawem wyczerpania języka. Obala normy i hierarchie, profanuje i miesza rejestry, grozi i wybucha śmiechem, jest wyrazem światopoglądu w świecie na opak i elementem tego, co rosyjski literaturoznawca Michaił Bachtin nazwał karnawalizacją. Doczekał się sarkastycznego tłumaczenia na język grzeczny i obyczajny: „uprzejmie prosimy uciekać prędziutko”.
Czy jest wyrazem agresji? Tak, ale chodzi o przemoc symboliczną, do tego też służy język. Jest aktem mowy, czyli działaniem. W najmniejszym stopniu nie usprawiedliwia faktycznej przemocy policji, inwektyw ze strony władz czy nękania przez szpicli i tajniaków. Na tekturowych tablicach niesionych przez kobiety widać deklarację: „To jest wojna”, ale i prośbę: „To jest pokojowy protest, nie bijcie nas”, i nie ma w tym sprzeczności, a jedynie ilustracja tego, jak bardzo pojemne w swojej dosadności okazało się słowo „wypierdalać”.
Dawid Warszawski martwi się na łamach „Gazety Wyborczej”, że słowo jest wykluczające, a przecież po drugiej stronie ludzie też mają swoje racje. Oczywiście, że lepiej się różnić pięknie, bez wzajemnego wykluczania. Ale czyż nie o to chodzi w tym proteście? Pewnie, że lepiej by było, gdyby emocje były pozytywne a słowa, wokół których jednoczą się ludzie, grzeczne i godne, a nie ordynarne. Żeby tak jednak było, wiele trzeba będzie zbudować od nowa i na nowo. Zaraz potem. Na razie pozwólmy wybrzmieć takim słowom, jakie nam zostały. Trudno, na język też trzeba sobie zasłużyć.
Cezary Lewanowicz
Аватара пользователя
усталый нищеброд

 
Сообщения: 1033
Зарегистрирован: Пн янв 09, 2012 06:03
Откуда: оттуда






Словари русского языка

www.gramota.ru
Словарь Мультитран
Язык

Вернуться в Страноведение и культура

Кто сейчас на конференции

Сейчас этот форум просматривают: нет зарегистрированных пользователей и гости: 1